Wyzwania edukacyjne
Październik 2015
Pierwsze miesiące w edukacji domowej
Styczeń 2016

Edukacja domowa – a my robimy swoje!

edukacjadom

Zmiany przepisów dla edukacji domowej. Czy na pewno pomogą?

Mimo obecnych zawirowań wierzę, że wszystko potoczy się w dobrym kierunku. Szczególnie dla dzieci edukowanych poza szkołą.

Grudzień 2015 roku.

Tuż przed świętami w Ministerstwie Edukacji Narodowej podpisano rozporządzenie, które prócz innych zmian, od stycznia 2016 roku wprowadza dużą obniżkę subwencji oświatowej na dzieci spełniające obowiązek szkolny poza szkołą. 

Uzasadnienie MEN do tej decyzji wydaje się racjonalne. Jednak, kij ma dwa końce. I jak to często bywa, mam wrażenie (i nie tylko ja), że w pośpiechu zapomniano zaciągnąć opinii w szerszym gronie osób, których ten temat realnie dotyczy (czy to rodziców, czy pracowników szkół przyjaznych edukacji domowej).
Podobno źródłem ww. decyzji w głównej mierze są oszczędności oraz chęć przykrócenia praktyk, które to podobno służyły "wyciąganiu" publicznych pieniędzy z systemu, a następnie wykorzystywaniu ich nie w pełni zgodnie z przeznaczeniem.

Świetnie! Szkoda tylko, że z powodu kilku wyjątków ucierpi wielu ludzi związanych z edukacją domową.
Z dyskusji jakie przetoczyły się przez święta na publicznej i otwartej grupie Edukacja Domowa na Facebooku wynika, że informacja jakie to szkoły nadużywają przepisów w celu wyciągania pieniędzy z systemu nie jest wiedzą tajemną. 

Ja wiem, że pośpiech, że oszczędności, że dobro wyższe i tym podobne istotne powody... Tylko dlaczego, skoro edukacja domowa wciąż jest praktyką tak niszową (według różnych źródeł dotyczy zaledwie ok. 6 tys polskich dzieci w kraju i poza jego granicami), łatwiej obciąć wszystkim i ukarać wszystkich, zamiast po prostu przyglądnąć się "podejrzanym" praktykom.
Byłabym w stanie zrozumieć takie postępowanie, gdyby to dotyczyło 60 tysięcy uczniów, ale nas jest zaledwie 6 tysięcy!
Podobno są jeszcze szanse na zgłaszanie postulatów do wprowadzonych zmian. Znając jednak polskie realia pewnie na niewiele się to zda...

Szkoła przyjazna edukacji domowej, czyli jaka?

We wpisie wprowadzającym do naszego działu o wyzwaniach edukacyjnych wspominałam o tym jak ważne jest znalezienie szkoły przyjaznej edukacji domowej.
Przepisy nie narzucają szkoły. Jeśli załatwi się formalności papierowe, które też są niezłym wyzwaniem (w tym m.in. opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej), to teoretycznie z podaniem o edukację pozaszkolną można zgłosić się do każdej szkoły bez względu na rejonizację (stan na koniec 2015 r.).
Przepisy są na tyle łaskawe dla szkół, że nie nakazują im wydawania zgody na edukację pozaszkolną za każdym razem, kiedy ktoś o nią wystąpi. I całe szczęście!

Taka decyzja nie należy do łatwych. Zarówno dla rodziców, jak i dla grona pedagogicznego danej placówki.
Wydawać by się mogło, że najłatwiej udać się do najbliższej publicznej szkoły w rejonie.
Tyle tylko, że 
jeśli ta szkoła nigdy wcześniej nie miała ucznia w edukacji domowej to:

  • nie wie "czym to się je",
  • nie wie jakie formalności się z tym wiążą,
  • bardzo prawdopodobne jest, że uzna takiego ucznia za kulę u nogi, dla którego będzie musiała robić dodatkowe rzeczy (m.in. papierologia, specjalne egzaminy),
  • bardzo prawdopodobne jest, że uzna takiego ucznia i jego rodziców za "zagrożenie dla systemu", skoro Ci ośmielają się twierdzić, że są w stanie wyedukować dziecię lepiej niż kompetentne grono pedagogiczne danej placówki,
  • uznając dwa wcześniejsze punkty za pewne na min. 75%, zgadnijcie co się może wydarzyć na egzaminach kończących poszczególne klasy?

Wiem, że nie powinnam zakładać złej woli. Mając jednak świadomość, doświadczenia i obserwacje z jaką mentalnością wciąż można się spotkać w publicznych szkołach, wolę unikać szkół, które o edukacji domowej wiedzą albo niewiele, albo nic. A na dodatek mogą potraktować ją jako zagrożenie.

Egzaminy w edukacji domowej.

Na koniec każdej klasy dzieci uczące się w edukacji domowej zdają egzaminy końcowe przed komisją.
O ile w klasach I-III jest to zazwyczaj jeden egzamin, o tyle w kolejnych klasach ilości egzaminów rośnie proporcjonalnie do ilości przedmiotów, które pojawiają się zgodnie z podstawą programową.
Jeśli zastanawiacie się, czy łatwo jest "oblać" ucznia na egzaminie przed komisją, to powiem Wam, że łatwo i to bardzo. 

Pod koniec liceum miałam "przyjemność" zdawać egzamin komisyjny z jednego z przedmiotów zawodowych. W mojej opinii ocena końcowa, którą zaproponowała mi nauczycielka była zaniżona o co najmniej 1 stopień (sprawa miała oczywiście drugie - osobiste dno). Mimo, że na pamięć miałam wykutą nie tylko całą książkę, to komisja egzaminacyjna nie miała żadnego problemu w tym, aby i tak udowodnić mi, że absolutnie nie zasługuję na wyższy stopień. Proste, nieskomplikowane i niesprawiedliwe - ale kto by się tam przejmował, prawda?

Załóżmy zatem, że zgłaszamy się z dzieckiem do pobliskiej szkoły publicznej, w której dyrekcja i nauczyciele "wiedzą lepiej" co jest dobre dla naszego dziecka. Jest mocno prawdopodobne, że doznamy rozczarowania, kiedy przyjdzie czas końcowych egzaminów. I to oczywiście kosztem naszego dziecka, któremu już na starcie mogą zostać podcięte skrzydła. Przy okazji dodatkowo utwierdzając go w przekonaniu, że rodzice/dziadkowie na nauczycieli się nie nadają.

Opinia z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Jeśli zdecydujecie się na opinię z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej to niewykluczone, że już na tym etapie ockniecie się, że państwo i system nie do końca są w stanie zrozumieć i zaakceptować pobudki jakie Wami kierują przy podejmowaniu decyzji o przyszłej formie edukowania własnego dziecka.

Niezbędną opinię dla Tomusia, dwa lata z rzędu, załatwialiśmy właśnie w publicznej poradni. Nie należało to do najmilszych i najłatwiejszych przeżyć.
Wizyty w poradni psychologiczno-pedagogicznej na długo pozostaną w mojej pamięci. Głównie ze względu na fakt, iż panie nie do końca wiedziały co mają z nami zrobić i jakie badania przeprowadzić nad Tomkiem. A to wszystko po to, aby wydać wymaganą ustawą opinię. Nie zgodę na edukację domową, a jedynie opinię o dziecku.

W sumie przed zerówką byliśmy na 4 wizytach, w tym na 3 z Tomkiem - miał wówczas jedynie 4,5 roku!
K
ażda wizyta z jego udziałem trwała ponad godzinę!
Maglowanie 4,5-letniego dziecka przeróżnymi testami przez godzinę uważam za zdecydowaną przesadę i zdania nie zmienię. Już wtedy byłam pełna podziwu dla jego wytrwałości. Mnie pewnie po 20 minutach takich testów zabrakłoby cierpliwości :)
Doskonale pamiętam jeszcze ogromne zaskoczenie, kiedy to oznajmiłam paniom w poradni, że nie mam zamiaru opuścić pokoju w trakcie badania syna. 

Wszystkich, którzy są przed wydaniem opinii w publicznej poradni uspokajam - nie wszędzie tak to wygląda. Wiem, że są publiczne poradnie, które takie maluchy traktują zupełnie inaczej (np. wystarcza jedna godzinna wizyta, na której jest głównie wywiad z rodzicem).

Przed pierwszą klasą szkoły podstawowej, kiedy ponownie trzeba wystąpić o opinię, z racji tego, że panie już Tomka znały, wystarczyły im już tylko 2 wizyty - również trwające po około 1 godzinę każda.
Opinie można uzyskać również w poradniach prywatnych, lecz nie we wszystkich. I taką poradnię mamy już znalezioną ponieważ lada moment temat obowiązkowej edukacji będzie dotyczył też Agatki (po ostatniej nowelizacji rocznik 2011 ma I klasę w wieku 6 lat jedynie na wniosek rodziców, tak więc i z zerówką pewnie będzie podobnie).
I w tej prywatnej poradni w celu wydania opinii dla tak małego dziecka wystarczy 1 wizyta. Koszt nie jest wysoki i jestem całkowicie gotowa go ponieść wraz z dojazdem, byle nie przeżywać kolejny raz przygody z publiczną poradnią w naszym rejonie. 

Koniec roku szkolnego.

Wracając do tematu egzaminów - w szkołach przyjaznych edukacji domowej egzaminy przebiegają w innej atmosferze. Te szkoły rozumieją rodziców, którzy wzięli na siebie obowiązek kształcenia dzieci i wspierają ich w tym, a na egzaminach dzieciom nie podcinają skrzydeł, ani nie próbują ich kosztem udowodnić rodzicom, że nic dziecka nie potrafią nauczyć. To nie ta bajka!
Szkoły przyjazne edukacji domowej z subwencji oświatowej na tychże uczniów często (nie zawsze i nie wszystkie) organizują zajęcia dodatkowe, obozy, warsztaty weekendowe, dostęp do platform on-line wspierających naukę, bo je na to stać! Ponieważ to pieniądze z subwencji na uczniów edukowanych domowo dają im takie możliwości.
I niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego skoro dzieci edukowane domowo nie korzystają codziennie z publicznej edukacji i jakoś sobie radzą, zabiera im się tak cenne wsparcie? Wsparcie, które poniekąd jest też formą socjalizacji, o którą tak wielu martwi się w przypadku homeschoolersów?
Żeby było równiej i sprawiedliwiej?

Dla nieznających tematu wspomnę jedynie, że w edukacji pozaszkolnej odnajduje się również wiele dzieci z niepełnosprawnościami zarówno ruchowymi jak i intelektualnymi, które w zwykłych szkołach nie odnajdywały się. Dzieci, z którymi szkoły nie potrafiły sobie poradzić, lub nie były w stanie sprostać wymaganiom jakie przynosiła opieka nad nimi (często nie z ich winy, a z braku odpowiedniego zaplecza lokalowego, czy kadrowego).
W wielu takich przypadkach pieniądze z subwencji szkoły przeznaczają na specjalistyczne zajęcia kompensacyjne lub rehabilitację. Tym rodzinom też warto zabierać to co już udało im się wypracować?

Co może się stać po obcięciu subwencji?

Liczba szkół przyjaznych edukacji domowej pewnie nie wzrośnie. Niewykluczone nawet, że spadnie (oby nie drastycznie), gdyż zwyczajnie nie będzie ich stać na tę przyjaźń. To przecież też są podmioty, które walczą o utrzymanie na rynku.
Zatem bardzo prawdopodobne, że obniżenie subwencji spowoduje, że "przyjaźń" z edukacją domową przestanie im się opłacać mimo, iż sercem nadal przy niej będą.
Szkół otwartych i przyjaznych edukacji domowej i tak jest niewiele.
Nietrudno się domyśleć co będzie się działo jeśli ich ilość jeszcze spadnie, przy wciąż rosnącym zainteresowaniu tą formą edukacji.  

Pomysł, aby dzieci edukowane domowo objąć obowiązkiem rejonizacji, a dyrektorzy publicznych szkół byli zobowiązani do wyrażania zgody na edukację domową, z punktu widzenia wielu edukatorów domowych jest pomysłem mocno nietrafionym.
Trafiony jest za to na pewno z punktu kontroli przepływów subwencji oświatowej pomiędzy poszczególnymi szczeblami systemu. Oby jednak nikomu tam na górze ten pomysł nie spodobał się za bardzo.

W większości mentalność i nastawienie nauczycieli do edukacji domowej jest jakie jest i nie zmieni się go paragrafami. 

A co do tego ma religia?

Nie sposób w tym wszystkim pominąć wątek, który w wielu rodzinach jest jednym z powodów do podjęcia się edukacji swoich dzieci. W naszym przypadku nie był to czynnik decydujący o czymkolwiek, ale jestem w stanie zrozumieć rodziców, którzy nie zgadzają się na coraz to nowsze i coraz wcześniej wprowadzane formy uświadamiania dzieci w tematy intymne. Nie ma co ukrywać, że wiele spośród rodzin edukujących dzieci poza szkołą, to rodziny związane z kościołem i z jego wspólnotami. Sama osobiście znam kilka takich rodzin i jestem pełna podziwu dla ogromu pracy, jaki wkładają w codzienną edukację.
Tu wplątuje się też polityka. Bo kiedy pogłoski o obniżeniu subwencji chodziły za poprzednich rządów, o tyle za obecnych rządów edukacja domowa miała być bezpieczna... I jakoś tak dziwnie się stało, że nie jest. A po ostatnich wyjaśnieniach do ww. rozporządzenia jest już pewne, że obniżenie subwencji nie było "wypadkiem" przy pracy.

Aby nie przyszedł zaraz komuś pomysł na szufladkowanie rodzin w edukacji domowej, napiszę, iż my - mimo ślubu kościelnego i mimo, że dzieci są ochrzczone, do kościoła nie chodzimy i jesteśmy przeciwnikami (każdej) religii w szkołach. O finansowaniu jej z budżetu państwa już nie wspominając.
Żeby było śmieszniej i żeby jeszcze bardziej nie dało się nas zaszufladkować, to dzieci uczą się śpiewu w chórku przy kościele i śpiewają na mszach dziecięcych.
Same, będąc na jednej z pierwszych mszy z dziadkami, zobaczyły śpiewające dzieci i powiedziały, że też chcą tak śpiewać. Same spytały panią prowadzącą chórek czy mogą dołączyć, więc my absolutnie im tego nie zabroniliśmy. Mimo sporych obiekcji jakie budzi w nas instytucja kościoła.

6-latki.

Zamieszanie było, jest, a po wczorajszych głosowaniach będzie trwało nadal i to przez najbliższe lata.
Czy źle się stało?
Moim zdaniem tak, ale już na etapie wprowadzania obowiązku szkolnego dla 6-latków i to nie ze względu na dzieci, a ze względu na nasze szkoły. Pomimo, iż w mediach mało się o tym słyszy, to w wielu przypadkach szkoły nie były i nadal nie są w pełni na to przygotowane. To samo dotyczy kadry. Niewiele się również słyszy o prawdziwych problemach tych 6-latków. Niewiele się słyszy o tym, że w niektórych szkołach wróciła zapomniana dwuzmianowość! 
Za moich czasów dwuzmianowość wynikała z ogromnej ilości dzieci. Obecnie dzieci jest mniej niż wtedy, ale więcej niż jeszcze kilka lat temu. I tu ponownie kłania się temat finansów i krótkowzroczności, bo pewnie gdyby w ostatnich latach nie zamknięto tak wielu szkół w trakcie niżu demograficznego, teraz dwuzmianowość nie byłaby przykrym faktem dla tych maluchów i ich rodziców.

Dobro dzieci?

Faktycznie brzmi to jak slogan i to bez względu na to, która partia o nim mówi.
Warto pamiętać, że o likwidacji szkół w głównej mierze decydują lokalne samorządy, a w nich mamy zarówno partyjnych, jak i bezpartyjnych włodarzy, którzy jakoś muszą wiązać koniec z końcem. A to oznacz, że każdy przypadek likwidacji szkoły powinien być oceniany odrębnie.

W tym wszystkim po części zgadzam się ze zdaniem usłyszanym w trakcie wczorajszych nocnych głosowań dotyczących zmian w systemie oświaty, kiedy to była mowa o tym, że: przecież w zdecydowanej większości krajów europejskich 6-latki chodzą do szkoły.

Szkoda tylko, że podobno jedynie u nas te 6-latki uczą się w systemie dwuzmianowym...
A może czas skończyć z porównywaniem się do innych i samemu zacząć tworzyć jakieś standardy i przecierać szlaki?
Skoro nasza infrastruktura i kadra nie była w pełni przygotowana na tę reformę, to po jaką cholerę wszystkim wokół na siłę wmawiać, że jest inaczej?
Chwała dla tych placówek i nauczycieli, którzy faktycznie byli i są przygotowani. Nie wierzę jednak, że jest to większość.

Mimo tego co słychać w głównych mediach, jakoś w mediach społecznościowych słychać i widać co innego - tak wiem, pewnie oglądam i czytam nie te media, które powinnam, należę nie do tych grup na Facebooku, do których powinnam i śledzę nie te strony facebookowe, które powinnam.
W dodatku wszystko to oceniam i obserwuję jedynie z boku, bo moje dzieci są nieco z boku tego systemu, więc faktycznie - co ja tam wiem :)

Homeschooling - nasz wybór.

Aby jednak, choć na koniec, powiało optymizmem - przynajmniej dla nas, przyznam Wam szczerze, że po wczorajszych głosowaniach w Sejmie, tym bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że dla naszego 6-latka i 4-latki lepszym, a przede wszystkim spokojniejszym! rozwiązaniem w najbliższym czasie będzie właśnie homeschooling.
Ze wszystkimi jego zaletami i wadami i ze wszystkimi czynnikami, które stoją za naszą decyzją, nawet pomimo tej obciętej subwencji dla szkół na uczniów będących w edukacji domowej.

Być może to uczucie na wyrost, ale czuję jakiś wewnętrzny spokój, że nie musimy uczestniczyć bezpośrednio w tym wszystkim co obecnie się wyprawia, a możemy sobie to poobserwować z boku robiąc swoje. Przynajmniej póki edukacja domowa jest jeszcze legalna w naszym kraju :) Taki żarcik!
I tak pewnie na razie zostanie. Przynajmniej do czasu, aż będzie nam dane zamieszkać w pobliżu jakiejś przyjaznej (pewnie niepublicznej) szkoły. 

A już niebawem obiecany wpis o dotychczasowych postępach Tomka i Agaty w przygodzie zwanej Edukacja Domowa.


Aktualizacja, 3 stycznia - 2 artykuły w temacie subwencji na edukację domową z dwóch jakże odmiennych źródeł:

  1. Radykalne obniżenie przez MEN wysokości subwencji oświatowej na uczniów korzystających z edukacji domowej budzi szereg wątpliwości.
  2. Nawet 3 tys. uczniów korzysta z edukacji domowej. W nowym roku MEN zmniejszy przekazywaną na ich edukację subwencję.

Kolejna aktualizacja, 5 stycznia - MEN odpowiada na medialne zarzuty:

  1. Finansowanie edukacji domowej – ważne informacje. 
    I takie wyjaśnienia były potrzebne po prostu na samym wstępnie, jeszcze nim zostało podpisane rozporządzenie wprowadzające zmiany. Wszystkim zainteresowanym pozwoliłoby to lepiej zrozumieć sytuację i zamiary MEN oraz podejść do tematu mniej emocjonalnie. Ja mam jednak spore wątpliwości do punktu 6 wyjaśnień: 
    "Dyrektor szkoły wydając zezwolenie na spełnianie obowiązku szkolnego lub nauki poza szkołą kieruje się przede wszystkim dobrem dziecka i prawami rodziców. Trudno zgodzić się, z tezą, że szkoły mogą być mniej zainteresowane wydawaniem zgody na edukację domową, bo „przestaje im się to opłacać”. Przypomnieć przy tej okazji należy, że prowadzenie szkół nie jest działalnością gospodarczą."
    Tak być powinno w sytuacji modelowej - rzeczywistość pokazuje jednak, że nie wszędzie tak jest, ale chcę być dobrej wiary, że zmiany, które MEN właśnie wprowadza do takiego modelu dążą :) 
  2. Chcę ukrócić oszustwa, a nie domową edukację!
    "Ani dzieciom, ani rodzicom krzywda się nie stanie." - Trzymamy za słowo!
  • Nie sądziłam, że to wszystko jest u nas tak skomplikowane. Szkoda, bo ogólnie uważam że edukacja w domu nie jest zła o ile zapewni się dziecku częsty kontakt z rówieśnikami np w postaci jakiegoś ogniska pracy pozaszkolnej lub innych zajęć grupowych.

    • Formalności dla chcącego nie powinny stanowić bariery, da się to wszystko ogarnąć 🙂 Dzieciaki w ED zazwyczaj mają sporo okazji do kontaktów z rówieśnikami więc i to nie powinno być powodem do rezygnacji jeśli ktoś zastanawia się nad tą formą edukacji.

  • Myśleliśmy o edukacji w domu, jednak baliśmy się, że nie zapewnimy dzieciom odpowiedniej „ilości” kontaktu z rówieśnikami.

    • Nas ta obawa nie opuściła i pewnie nie opuści póki dzieci będą w ED, dlatego staramy się dywersyfikować zajęcia już na tym etapie. Ilość miejsc, w których dzieci mogą obecnie zdobywać wiedzę równocześnie socjalizując się przy tym jest aż za duża. Jasne, że nigdy nie będzie można tego porównać z „typową” szkołą, ale coś za coś. A o socjalizacji też już u siebie wspominałam 🙂

  • Niestety, nie znam się na obecnej edukacji – moja na szczęście odbywała się jeszcze starym trybem (zerówka + 8 lat podstawówki + 4 lata średniej), gdy edukacja domowa dotyczyła właściwie tylko dzieci niepełnosprawnych.

    Niestety, jak zwykle wybory dorosłych wobec dzieci zweryfikuje życie, zatem nie mnie oceniać.

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Dokładnie!
      Jednak biorąc pod uwagę chociażby nasze ograniczenia żywieniowe to w sytuacji, w której nie mamy w swojej okolicy małej i przyjaznej szkoły, edukacja pozaszkolna wydaje się najbezpieczniejszym rozwiązaniem 🙂

  • Masz rację – to nie fair karać wszystkich (szkoły, rodziców, a przede wszystkim dzieci) za nadużycia wybranych placówek.
    Bardzo ciekawy, wyczerpujący wpis. Wprawdzie nasz Synek dopiero poszedł do przedszkola, więc nie zastanawialiśmy się jeszcze na poważnie nad jego przyszłą edukacją. Na ED pewnie się nie zdecydujemy, bo obydwoje pracujemy zawodowo. Jednak nie wykluczam szkoły demokratycznej, a z tego co wiem, wówczas również należy załatwić ED w szkole systemowej, z tym, że dziecko zamiast w domu uczy się w szkole demokratycznej.

    • Tak, na ten moment z formalnościami dot. szkół demokratycznych właśnie tak jest. Na pierwszy rzut oka wygląda to mega zawile, ale takie mamy prawo… Z tego co słyszałam to jest tylko jedna szkoła demokratyczna w Polsce, która ma uprawnienia do przeprowadzania egzaminów więc tam ścieżka formalności jest nieco krótsza 🙂